Tworzenie Świata 4 – Marchia Pontus



Wiatr wył nieubłaganie w szczelinach starego muru. Rozpędzony pod ziemistym niebem, wydzierał ziarnko po ziarnku zaprawę spomiędzy cegieł i ciepło z ludzkich ciał. Lous Hayrik opierał się o stary muszkiet, stojąc na warcie na murach twierdzy Dilijan. Jego zniszczona od wiatru i słońca twarz wyrażała zatroskanie gdy rozglądał się dookoła. Już dawno przestał chować się przed jesiennym wiatrem, wiedząc, że na tym posterunku nie znajdzie przed nim schronienia. To ostatnia zima, powtarzał sobie, i będzie mógł wrócić do żony i synów.
Pod jego stopami codziennie przepływała rzeka ludzi zmierzająca z i do stolicy. Kupcy w prostych szatach, ciągnący za sobą osły i swój dobytek, otoczeni przez ludzi mających odwlec w czasie nieubłagany koniec. Najemnicy w kolorowych mundurach, mający nadzieję na lepszy żołd w prywatnych armiach, tańczący taniec ze śmiercią. Biedacy szukający pracy, patrzący tępo w dal, zbiegli z farm, uciekinierzy od krwawych batów swych panów. Wszyscy oni dostąpią godnego ich końca. Krwią tej krainy są jej mieszkańcy, powtarzał Cesarz, i dlatego jego legiony, mimo braku realnych zagrożeń, miały strzec górskich przełęczy, dzień i noc.
Rzadko pozwalał sobie na wpadanie w filozoficzny nastrój, ale dziś pozwolił sobie na towarzystwo bukłaka taniego Beleńskiego wina. Kwaśny trunek dawał złudzenie ciepła i pozwalał odpłynąć myślom w dal. W ten sposób od 14 lat świętował urodziny swoich dzieci, poza ciepłym domem, z dala od rodziny.
Z zamyślenia wyrwał go ruch na dole. Kilka osób zaczęło się przepychać na drodze, odtrącając na boki podróżnych. Ich czerwone płaszcze były ich oznaką, I Legionu Gwardii Cesarskiej, rozpoznawaną w całym cywilizowanym świecie. Tłum rozstępował się na boki, aż jakiś głupiec, nie mogąc zepchnąć wozu z drogi, wdał się z nimi w kłótnie. Błysnęła stal, ciało kupca osunęło się na ziemię w milczącej obecności jego ochroniarzy. Nikt niczego nie widział, rzeka ruszyła dalej.
Pierwsi między równymi, tak o sobie mówili Pontyjczycy. Stojący ponad prawem, tak mówili o nich inni. Zimni, okrutni, skuteczni, z tym zgadzali się wszyscy. Stojąc na swym posterunku, Lous zastanawiał się, czy te mury mają bronić Pontus przed światem, czy też świat przed Pontusem. Patrząc na mnogość zniewolonych ludów miał wątpliwości.

Krwią tej krainy są ludzie, a jej ziemia przesiąknięta jest krwią.


Pontyjczycy mieszkają po środku niegościnnej, górzystej krainy, otoczonej niegdyś przez bogatszych i żyźniejszych sąsiadów. Pokolenia wojen domowych wyselekcjonowały najsilniejszych i najzdrowszych i nauczyły ich okrucieństwa. Dlatego nikogo nie zdziwiło, że pierwszy przywódca, który ich zjednoczył, rozpoczął podbój okolicznych krain. Zadziwiająca było tylko tempo podbojów.
Dziś, po latach rządów nad niezadowolonymi z jarzma ludami, Pontyjczycy mają się zawsze na baczności. Tylko oni stanowią wyłom wobec zasady, garnizonującej legionistów poza macierzystymi marchiami. Tylko oni mogą bez przeszkód handlować, najmować żołnierzy i posiadać broń palną. Są znienawidzeni przez innych i wiedzą o tym. Rebelie nie są niczym niespotykanym, dlatego należy tłamsić je w zarodku.

To oni najbardziej ze wszystkich mieszkańców północy tępią magię, zabijając wszystkich ją praktykujących, lub zsyłając ich na wieczne uwięzienie w pontyjskich klasztorach.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Tworzenie Świata 4 – Marchia Pontus

  1. Staram się wyjść z zasady „obrazek jest wart tysiąca słów”. I zamiast pisać ‚to jest naród kupców, to skrytobójców itd’ opisać codzienne życie jego mieszkańca. Gracze i tak zrobią z tego to co chcą.

Możliwość komentowania jest wyłączona.